Faces of Bayon, Angkor Wat

W poszukiwaniu twarzy Bayonu – cz. I

Bayon

Jest taki sen…

Nie wiem jak Ty, ale ja podróżuję oczami. Bardzo często to jakieś zdjęcie, albo kadr z filmu decydują, gdzie pojadę następnym razem. Na miejscu, zamiast czytać przewodnik, wolę pójść na straganik z kartkami pocztowymi. Przewodnik zawiódł mnie nie raz, bo to, co dla jednego jest wspaniałe i zapierające dech w piersiach, dla mnie bywa nie do zniesienia przez tłum turystów zasłaniający urok miejsca. Innym razem to, czemu przewodnik poświęcił raptem dwie linijki tekstu, okazuje się być dla mnie najcudowniejszym miejscem na ziemi. Jedno wiem: to zdjęcia są dla mnie najlepszym kompasem.

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz zetknęłam się ze zdjęciem świątyni z wieżami o czterech twarzach, ale obraz ten zapadł w najgłębsze pokłady mojej wyobraźni, wykiełkował i zaczął rosnąć. Do dziś wyrosła w nim wielka dżungla. Jest taki sen: stoję po kolana w trawie, zapada zmierzch, słońce zniknęło już za horyzontem. Na ciele czuje wibrującą ciszę, mam gęsią skórkę, myśli niepoukładane pędzą w mojej głowie z szaloną prędkością. Wszystko jest intensywne, jakby całe moje ciało chłonęło dźwięki, zapachy, obrazy i podświadome przekazy. Ogromna świątynia majaczy na tle ciemniejącego nieba, z wież na narożnikach muru i tych w centrum świątyni patrzy na mnie 8 twarzy. Oczy mają lekko przymknięte, ale czuję się obserwowana, wiem że czuwają. Czuję, że muszę tam wejść, nie ma ucieczki, one patrzą… nie pozwolą mi uciec. Czy chcę uciec? Nie, nie chcę, chcę tam wejść i zobaczyć! Co jest w środku? Kto jest w środku? Pierwszy niski dźwięk ostrzegawczego bębna rozchodzi się po okolicy niczym echo grzmotu, a ja budzę się wraz z nim z żalem, że nigdy się nie dowiem…

Przez lata myślałam, że na tamtym zdjęciu zobaczyłam świątynię Angkor Wat. Gdy ruszaliśmy na 12 miesięczny podbój Azji w 2009 roku, Angkor był jedynym miejscem na mojej liście miejsc do zobaczenia, a lecieliśmy do Indii, a nie Kambodży. Ta podróż to miał być całkowity spontan, bez przewodnika i planu – i był. Do Angkoru oczywiście nigdy nie dotarliśmy 🙂 Aż do 2016.

UNESCO, masowa turystyka i dwie strony medalu

Wiedziałam, że będą tłumy, wiedziałam, że to mi się nie spodoba. Ktoś kiedyś powiedział, że nie można umrzeć nie widząc Angkor Wat. Można, nie można, od lat Angkor jest na mojej liście “stu marzeń”, którą regularnie wykreślam. Choć na jeden dzień – pomyślałam – jakoś przeżyję ten kompletny brak klimatu. Na wszelki wypadek przeczytałam w przewodniku co poleca. Często czytam przewodnik na odwrót, to znaczy, co przewodnik poleca, tego ja unikam 😉 Wiec jak tylko się dowiedziałam, że najlepiej zacząć od wschodu słońca na Angkor Wat, zaczęłam szukać innego miejsca na poranek. Stanęło na świątyni Bayon. Oczywiście! To jedyna świątynia z wieżami z twarzą w całym kompleksie i to jej zdjęcie rozsadziło w mojej głowie dżunglę wyobraźni lata temu. To był dobry wybór, pomimo tego, że strażnik pilnował, by nie wchodzić do niej przed 7 rano. Samotny wschód słońca pod majaczącymi nade mną wpół uśmiechniętymi twarzami, to najlepszy poranek jaki mogłam sobie w Angkorze wymarzyć.

Dobroduszny strażnik wpuścił nas przed czasem. W towarzystwie 6 osób mogliśmy zobaczyć świątynię Bayon z “poziomu oczu” jej kamiennych protektorów. To niesamowite, piękne miejsce dające ciary… przynajmniej tak do 8:00-8:30 rano 😉

Ta Prohm była dla mnie koszmarem. Trochę lepiej z Angkor Wat, choć chyba tylko dlatego, że ma więcej terenu i ilość turystów po prostu ma się gdzie rozłożyć. Cała przyjemność zwiedzania jest dosłownie zadeptywana przez tysiące ludzi, którzy przewijają się tu każdego dnia. Do Ta Prohm nawet nie weszłam, bo się bałam ze mojego Kubę rozdepcze wycieczka emerytów, która właśnie się wylała z autokaru. Ponoć średnio 6000 osób dziennie odwiedza sam Angkor Wat, a biorąc pod uwagę sezonowość, ta liczba sięga zapewne kilkudziesięciu tysięcy osób w szczycie. Nie wiem czy luty jest najbardziej obładowanym miesiącem, ale autentycznie czułam się jak na Woodstocku, na którym co roku jest około 300.000 osób (odczucie porównywalne pod kątem ilości ludzi, nie klimatu 😉 Nieustająca fala ludzi przemieszczająca się traktem w jedną i drugą stronę, niezliczone ilości nawołujących się wycieczek, 2 godzinna kolejka na wieżę z widokiem – to tylko część niezbyt przyjemnych widoczków ze świątyni Angkor. Jeśli cenisz sobie klimat miejsca, tam go nie znajdziesz. Zazdroszczę tylko tym, którym dane było być tam, gdy mury były jeszcze chronione przez dżunglę, a turystyka popularna nie miała do nich dostępu… Co ciekawe, miejsce jest wciąż “używane” jako świątynia, co trochę zmniejsza całą okropność tego miejsca. Tylko nie do końca rozumiem jak można się modlić w miejscu, w którym ze wszystkich stron słychać śmiechy, rozmowy, szuranie butów i dźwięk migawek aparatów wycelowanych w Twoją (czytaj: modlącego się) stronę…

Odkąd Angkor Wat dostał się na listę obiektów UNESCO, z roku na rok przybywa turystów. Szacuje się, że w przeciągu kilku lat liczba wzrośnie z 3 milionów ludzi rocznie (w 2015) do 6 milionów (w 2020). Taka liczba wymaga naprawdę dobrego przygotowania, a ani Angkor, ani Siem Reap – główna baza wypadowa – nie są na to przygotowane. Już teraz, świątynie cierpią od nadmiaru turystów. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Machu Picchu w Peru, które jest po prostu powoli zadeptywane i osuwa się ze stoku góry (w 2008 roku ograniczono ilość turystów do 2500 osób dziennie, by spowolnić ten proces, a planowane są dalsze ograniczenia), dla Angkor Wat nie jest to głównym problemem. Miliony turystów przyjeżdżające tu rok w rok, potrzebuje wiktu i opierunku. Odległe o 7km Siem Reap jest praktycznie jedynym punktem wypadowym, więc hotele budują się tam co dnia. Niegdyś wioska, dziś już miasto, nie posiada wystarczających zasobów wody, by zasilić wszystkie domy, hotele i restauracje. Brakuje dużo, bo obecne zasoby mogą zabezpieczyć jedynie 1/25 zapotrzebowania. Nielegalne pobory wody w Siem Reap to już standard – w efekcie świątynie Angkor Wat i Bayon, stojące na delikatnym, piaszczystym gruncie, zaczynają… topić się w piasku. Świetnie zaprojektowany system irygacji w czasach angkorskich, dziś jest na skraju załamania. Ściany świątyń tracą pion, zaczynają się chylić i walić, a prace remontowe są dla Angkoru niekończącą się historią. Co się stanie, gdy Siem Reap będzie musiało podołać 6 milionom turystów?

Problem gwałtownego wzrostu turystyki natychmiast po dodaniu miejsca na listę UNESCO jest dobrze znany, samo UNESCO przeprowadza analizy, czy czynią więcej dobrego, dostarczając fundusze, czy złego, niechcący zwiększając turystykę w świeżo wziętym pod opiekę miejscu. Luang Prabang – piękne miasteczko w Laosie – znajduje się na liście światowego dziedzictwa od 1995 roku. Liczba odwiedzających wzrosła od tego czasu z 2000 osób rocznie, do ponad 500.000. W miasteczku już praktycznie nie ma miejscowych, bo ceny lokali wzrosły tak znacząco, że opłacało się je sprzedać, wyprowadzić za miasto i stamtąd dojeżdżać „do pracy”. Budynki są chronione, ale dusza miasta praktycznie umarła.

Jakieś 160km od Angkor Wat znajduję się inna, przepiękna, jeszcze niewielu znana świątynia – Banteay Chhmar. Rząd Kambodży właśnie zgłosił pomysł dodania jej na listę światowego dziedzictwa. Tylko czy są na to gotowi?

agashu

 

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat wpływu UNESCO na wzrost turystyki polecam film: UNESCO, Klątwa Dziedzictwa

Więcej zdjęć można zobaczyć w galerii: Angkor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *